Styczeń 16 2021 12:00:37
Nawigacja
· Strona główna
· FAQ
· Kontakt
· Galeria zdjęć
· Szukaj
NASZA HISTORIA
· Symbole gminy
· Miejscowości
· Sławne rody
· Szkoły
· Biogramy
· Powstańcy Wielkopolscy
· II wojna światowa
· Kroniki
· Kościoły
· Cmentarze
· Dwory i pałace
· Utwory literackie
· Źródła historyczne
· Z prasy
· Opracowania
· Dla genealogów
· Czas, czy ludzie?
· Nadesłane
· Z domowego albumu
· Ciekawostki
· Kalendarium
· Słowniczek
ZAJRZYJ NA


Faktyczny KLAN ŁUBIEŃSKICH,
czyli pierwsze pokolenie potomków ministra Feliksa Łubieńskiego.

W czasach napoleońskich prawie wszyscy bracia Łubieńscy służyli w wojsku.

- Franciszek [ur. 5.1.1784], Tomasz [ur. 29.XII.1784] i Tadeusz [ur. 19.X.1794] — w szwoleżerach Gwardii Cesarsko-Polskiej;

- Piotr [ur. 31.1.1786], podobnie jak dwaj najstarsi bracia, kompan Wincentego Krasińskiego z Towarzystwa Przyjaciół Ojczyzny — w warszawskiej Gwardii Narodowej;

- Jan [ur. 27.XII.1786] — wybrany w roku 1812 generałem „ruchawkowym" — dowodził pospolitym ruszeniem województwa mazowieckiego;

- Józef [ur. 16.X.1796], najmłodszy, nie zdążył już na plac boju, ale wdrażał się w arkana wojny w warszawskiej Szkole Artylerii.

Wszyscy byli dobrymi żołnierzami; ci, którym nadarzyły się odpowiednie okazje, zebrali sporo zaszczytnych odznaczeń i dosłużyli się wysokich stopni oficerskich. Franciszek i Tomasz wyróżnili się w sławnych bataliach pod Somosierrą i Wagram. Tomasz miał ponadto niebagatelne sukcesy w starciach z kawalerią angielską w Hiszpanii, a w roku 1812, na rozkaz Napoleona, jako pierwszy forsował wpław Berezyną. Piotr w roku 1809 był komendantem wojennym Warszawy, a w trzy lata później organizował obronę Modlina.

Z siedmiu braci Łubieńskich nie służył w wojsku* tylko Henryk [ur. 11.VII.1793]. Ale miał z wojną do czynienia niewiele mniej od braci-żołnierzy, gdyż jako sekretarz ojca-ministra często bywał przez niego wysyłany z różnymi poufnymi misjami do sprzymierzonych stolic, co w praktyce okazywało się nieraz trudniejsze i niebezpieczniejsze niż udział w regularnych wyprawach wojskowych. „W roku 1809 wypadało ważne papiery przewieźć z Warszawy do Drezna — wspomina w swoim nie publikowanym pamiętniczku starsza siostra Henryka, pani Paula z Łubieńskich Morawska. — Każdy lękał się przedzierać przez snujące się wszędzie woyska. Minister Łubieński w kłopocie wyprawił przeto czternastoletniego syna, który przemykając się na przemian to wozem, to pieszo, to pod chłopską siermięgą, dotarł do stolicy Saksonii i wręczył Królowi pilnie strzeżone papiery. (Według metryki Henryk miał już wtedy lat szesnaście, ale to wcale jego wyczynu nie umniejsza — MB). Fryderyk August, rozczulony dzielnością młodzieńca, do serca go przytulał w uniesieniu, wdzięczności i podziwie". — W roku 1810 Henryk Łubieński, obciążony nowym komisem, powędrował do Francji. W listach szwoleżerskich zachowały się wzmianki o hucznym pikniku, jaki urządził wtedy w miejscowości Morfontaine dla zaprzyjaźnionych oficerów z gwardii polsko-cesarskiej. W trzy lata później syn-sekretarz towarzyszył ministrowi w podróży służbowej do Drezna, gdzie stał się bezpośrednim świadkiem wielkiej bitwy, rozgrywającej się na przedpolu miasta. „Wielki admirator Cesarza Napoleona — pisze o Henryku jego syn i biograf Tomasz Wentworth Łubieński — starał się dotrzeć jak najbliżej do jego osoby, gdy tenże w czasie bitwy pod Dreznem stał konno na moście i stamtąd ruchami wojsk kierował, a gdy na most zajęty wojskami dostać się nie mógł, doszedł aż do Cesarza, czepiając się zewnętrznie baryer mostowych".

W roku 1814 Henryk Łubieński znowu znalazł się we Francji i tam doczekał końca cesarstwa napoleońskiego. Z tego okresu również zanotowano w źródłach rodzinnych wiele jego niezwykłych wyczynów. „Potrafił dostać się na tajne posiedzenie Senatu, na którem zdecydowaną została detronizacja Napoleona" — świadczy Tomasz Wentworth Łubieński. A pani Paula Morawska dodaje do tego epizod ze smutnych dni po abdykacji cesarza. „W czasie pożegnania Napoleona z wojskiem w Fontainebleau wcisnął się tam niepostrzeżenie młody Henryk Łubieński. Gdy cesarz zażądał szklanki wody i wypił ją przed wyjazdem, młody Polak rzucił się naprzód i szklankę tę od służby wykupił. Tę szklankę z literą »N« przechowywano w rodzinie". Ze wspomnień Tomasza Wentwortha wynika, że nie był to jedyny zakup jego ojca, związany z osobą Napoleona: ,,Po wzięciu Paryża, będąc obecnym temu, jak zrzucano statuę Napoleona z kolumny Wandomskiej, kupił na razie tę statuę od ludu, który się nad nią chciał pastwić".

Jeżeli nawet sentyment rodzinny upiększał nieco opisywane fakty, to i tak wszystkie te anegdoty znakomicie pasują do wizerunku pana Henryka — zamieszczonego w Pamiętniku rodziny Łubieńskich. Dystyngowani rysownicy i litografowie z berlińskiej firmy L. Sachse i S-ka nie zdołali stuszować bujności i barwności tej postaci. Nie udało im się nakłonić „admiratora Napoleona", aby przy pozowaniu do portretu zrezygnował z dwóch jaskrawych rekwizytów, zakłócających solidny i jednolity ton berlińskich litografii: z artystowskiego aksamitnego beretu i ogromnej gwiazdy orderowej przypiętej do surduta. Nie potrafili także przygasić jego zuchwałego spojrzenia, zdającego się wyzywać cały świat do walki. Bije z tej renesansowej postaci jakaś niezwykła brawura, weryfikująca z góry każdą, choćby najmniej prawdopodobną, legendę rodzinną. Ale dziwna rzecz: to już nie jest brawura typu szwoleżerskiego. Trudno mi wyrazić, na czym ta różnica polega, może sugeruję się posiadaną już wiedzą o późniejszej karierze Henryka Łubieńskiego, ale tego brata trzech szwoleżerów (a dwóch „somosierczyków") — człowieka wyjątkowo odważnego i lubującego się w najbardziej ryzykowanych posunięciach — trudno mi sobie wyobrazić jako uczestnika szarży szwoleżerskiej, natomiast widzę go doskonale w rozmaitych konkwistadorskich awanturach, tkwiących u podstaw wielkich fortun kapitalistycznych z początków XIX wieku, w przedsięwzięciach mniej lub bardziej podobnych do szczególnie głośnego w owym czasie „fortelu psychologicznego", dzięki któremu ugruntowali swoją potęgę finansową londyńscy Rothschildowie. Szef londyńskiego domu bankowego Nathaniel Rothschild — partycypujący w finansowaniu ostatniej kampanii koalicji antynapoleońskiej — w 1815 roku towarzyszył generałowi Wellingtonowi w bitwie pod Waterloo. Po upewnieniu się, że Napoleon jest już ostatecznie pobity, bankier popędził co tchu do Londynu, zajeżdżając do ostatniego potu rozstawione zawczasu konie pocztowe, byle tylko zdążyć na giełdę londyńską w momencie jej największego ożywienia. Pojawił się tam jak widmo nieszczęścia. Słaniając się na nogach, obdarty, pokryty kurzem, wydał maklerom polecenie sprzedawania papierów wartościowych państw koalicyjnych. Nie musiał nikomu wyjaśniać, skąd przybywa. Nerwowi finansiści w lot wyciągnęli wnioski z jego wyglądu i zachowania: nikt nie wątpił, że wojska koalicji zostały rozbite. Giełdę ogarnęła panika i walory zwycięskich państw poczęły spadać na łeb i szyję, a podstawieni agenci Rothschilda skupowali je za bezcen. Po nadejściu wiadomości o klęsce Napoleona Rothschild stał się najbogatszym człowiekiem w Anglii.

Nie wiem, czy wychowany w zasadach szlacheckiego honoru brat „somosierczyków" zdolny byłby posunąć się tak daleko jak londyński bankier. Podejrzewam jednak, że miał już w sobie sporą dozę tej nowej wielkokapitalistycznej brawury, ocierającej się o awanturnictwo i nie mieszczącej się w dotychczasowych kategoriach etycznych i moralnych. Jeżeli pragnął osiągnąć jakiś cel — zmierzał do niego nie zważając na środki. Jako młodzieniec, nie mogąc się docisnąć do Napoleona, przeszedł „czepiając się od zewnątrz baryer mostowych". Jako pięćdziesięcioletni wiceprezes Banku Polskiego i faktyczny dyktator w dziedzinie polityki finansowo-kredytowej Królestwa, nie wahał się korzystać z podobnie ryzykownych metod. Kiedy „baryera mostu" załamała się — runął z wysokości na sam dół i pociągnął za sobą rodzinę, niwecząc w jednej chwili jej potęgę materialną, wypracowaną rzetelnym wysiłkiem dwóch pokoleń.

Po katastrofie finansowej Łubieńskich działalność pana Henryka była przez długi czas przedmiotem zażartych kontrowersji, które właściwie do dzisiaj nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte. Jedni (przede wszystkim sędziowie, którzy wydali wyrok w procesie [Henryk Łubieński skazany został na cztery lata więzienia. Z tego rok odsiedział w Zamościu, a trzy lata na zesłaniu w Rosji – przyp. MB] uważali, że arystokratyczny bankrut był zwykłym aferzystą, działającym na szkodę kraju i społeczeństwa — inni, wśród nich biografowie rodzinni - starali się go przedstawić jako nieposzlakowanego patriotę, który we wszystkich swych posunięciach kierował się wyłącznie względami na dobro ojczyzny i w końcu padł ofiarą intryg petersburskich ministrów, zmierzających do całkowitego podporządkowania sobie władz Banku Polskiego. Nie sądzę, aby którekolwiek z tych skrajnych stanowisk było w pełni do przyjęcia. Trudno potępiać nam dzisiaj działacza gospodarczego, którego działalność — niezależnie od pobudek, jakie nią kierowały — była obiektywnie cenna dla rozwoju polskiego przemysłu i handlu. Z drugiej strony naiwnością byłoby wierzyć, że jedynie miłość ojczyzny doprowadziła brata szwoleżerów do zdobycia jednej z największych fortun w Królestwie, i to w czasie dla ogółu obywateli wcale nie najpomyślniejszym. Wydaje mi się, że sprawę Henryka Łubieńskiego należałoby rozpatrywać w zupełnie innych kategoriach: trzeba w nim widzieć po prostu pioniera kapitalizmu, działającego w gospodarczo zacofanym i nieufnym społeczeństwie szlacheckim, a ponadto — w nienormalnej sytuacji politycznej. Nie było chyba przypadkowym zbiegiem okoliczności, że tak samo fatalny koniec spotkał dwóch wcześniejszych polskich działaczy gospodarczych wielkiego formatu: podskarbiego Antoniego Tyzenhauza i wojewodę Prota Potockiego (przyrodniego stryja Henryka Łubieńskiego). [Czytelnikom, których interesują szczegóły katastrofy finansowej Łubieńsklch, polecam monografią Tomasza Wentwortha Łubieńskiego pt. Henryk Łubieński i jego bracia (Kraków, 1886) oraz pracę prof. Ryszarda Kołodziejczyka pt. ,,Bohaterowie nieromantyczni" (Warszawa, 1961) – przyp. MB].

Może za wiele uwagi i miejsca poświęciłem zdarzeniom, nie mieszczącym się w ramach czasowych tej książki. Ale chodziło mi o pokazanie z bliska człowieka, o którym będzie często mowa w korespondencji generała Tomasza i który nadawał ton całej działalności gospodarczej braci Łubieńskich. Działalność ta, wszczęta po zakończeniu wojny, była szeroka i zróżnicowana, ale rozpędu nabierała stopniowo. Początkowo Łubieńscy zajmowali się tylko własnymi posiadłościami ziemskimi, ulepszając w nich gospodarkę rolną i budując niewielkie zakłady przemysłowe, związane z rolnictwem (przeważnie gorzelnie). Ponieważ w wyniku dobrowolnych układów rodzinnych Henryk skupił w swoich rękach prawie wszystkie dobra rodowe, które minister Łubieński jeszcze za życia oddał był dorosłym dzieciom [Henryk Łubieński otrzymał z tego podziału pałac na Królewskiej i jurydykę Bielino – przyp. MB], pozostali bracia — spłaceni gotówką i dochodowymi nieruchomościami warszawskimi — gospodarowali głównie w majątkach wniesionych im w posagu przez bogate żony. Bogate małżeństwa były w tej rodzinie zasadą, której nikt z rodzeństwa się nie sprzeniewierzył. Zgodnie z duchem czasu przy zawieraniu związków małżeńskich więcej wagi przywiązywano do majątku niż do arystokratycznego pochodzenia. Łubieńscy — w odróżnieniu od Wincentego Krasińskiego — nie byli pod tym względem snobami. Tylko trzej bracia i jedna siostra zawarli małżeństwa w kręgu starej rodowej arystokracji. Pozostałe rodzeństwo związało się mariażami z zamożnymi rodzinami ziemiańskimi z różnych stron kraju. W rezultacie klan Łubieńskich — w przeciwieństwie do ekskluzywnie arystokratycznych Krasińskich — stał się rodzajem pomostu między arystokracją a ziemiaństwem, co znacznie poszerzyło zakres jego wpływów.

Mniej więcej od roku 1825 Łubieńscy zaczęli odgrywać poważną rolę w życiu gospodarczym kraju. Ich działalność gospodarcza w skali ogólnokrajowej — zarówno prywatna, jak publiczna — trwać miała prawie dwadzieścia lat. Okres ten od początku był widownią przedziwnych przeobrażeń szwoleżerskich, przemian, o jakich nie śni się nawet większości czytelników popularnych powieści historycznych Wacława Gąsiorowskiego i Walerego Przyborowskiego.

W życiu najstarszego z trzech braci-szwoleżerów, kapitana Franciszka Łubieńskiego, tych nowych elementów było najmniej. Pana Franciszka — o którym źródła rodzinne głoszą, że „odznaczał się niezwykłą słodyczą charakteru, wesołością humoru i nieustraszoną na polu bitwy odwagą" (całkowite potwierdzenie tej opinii odnaleźć można w korespondencji płk. Kozietulskiego) — wojna zniszczyła zupełnie. Stosunkowo wcześnie zwolniony z wojska w wyniku ciężkich obrażeń odniesionych pod Wagram (otrzymał za nie oficerską gwiazdę Legii Honorowej), żył jeszcze przez lat kilkanaście, ale w sprawach publicznych nie odgrywał już żadnej roli.

Inaczej potoczyło się w Królestwie życie drugiego brata-szwoleżera. Generał Tomasz Łubieński po zrzuceniu munduru nie przestał być ważną postacią. Przeciwnie, w miarę upływu czasu jego znaczenie jako działacza gospodarczego i społecznego poczęło przerastać dawne zasługi wojskowe. Co prawda rzeczywistym inspiratorem i kierownikiem większości przedsięwzięć gospodarczych Łubieńskich był pan Henryk, ale pan Tomasz odgrywał w nich (przynajmniej na zewnątrz) rolę niewiele mniejszą od brata. Autorytet moralny zasłużonego żołnierza napoleońskiego, a ponadto generała, który wziął rozbrat z wojskiem w okresie najgwałtowniejszych zatargów z cesarzewiczem Konstantym — był dla klanu kapitałem równie cennym jak zdolności młodszego brata. Nie znaczy to wcale, że generała wykorzystywano w przedsięwzięciach rodzinnych wyłącznie jako honorowego figuranta. Minister Łubieński postarał się w odpowiednim czasie o zapewnienie swoim synom gruntownego wykształcenia ekonomicznego. Pan Tomasz — podobnie jak jego bracia — po ukończeniu studiów w Wiedniu praktykował w Brodach i w Kijowie, w biurach handlowych swego przyrodniego stryja, Prota Potockiego, który „bardzo wiele młodzieży polskiej zatrudniał i wielu na bogatych panów wyprowadził". Z listów Tomasza Łubieńskiego łatwo się zorientować, że poza walorami reprezentacyjnymi generał posiadał także inne kwalifikacje, uprawniające go do odgrywania ważnej roli nie tylko w przedsiębiorstwach rodzinnych, lecz także w życiu gospodarczym całego kraju. Nic więc dziwnego, że właśnie w życiorysie tego eks-gwardzisty odnajduje się najwięcej sytuacji prawdziwie szokujących dla wyznawców tradycyjnej legendy szwoleżerskiej.

Dzielny kawalerzysta, który zdobywał Somosierrę, szarżował pod Wagram i Reims, przeszedł wpław Berezynę, objawia się w nowych wcieleniach jako członek „Dyrekcyi Głównej" Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, szef spółki bankierskiej p.f. „Dom Handlowy B-ci Łubieńskich", dyrektor „Resursy Kupieckiej" w Warszawie, budowniczy pierwszej w kraju linii kolejowej (tzw. „Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej"); człowiek, którego przywykło się oglądać na polach bitew i biwakach polowych — zajmuje się drukiem i emisją kredytowych „listów zastawnych", handluje zbożem i dyskontuje weksle; dawny uczestnik odpraw sztabowych z „Papą" Dautancourtem, naradza się teraz z rodakiem Dautancourta, przemysłowcem i wynalazcą Philipem Girardem, i w wyniku tych narad w jednej z wsi należących do Łubieńskich, w Rudzie Guzowskiej, powstają zręby potężnego ośrodka przemysłowego, późniejszego Żyrardowa. Trzeba przyznać, że od tego wszystkiego może się zakręcić w głowie każdemu napoleoniście wykształconemu na tradycyjnych lekturach historycznych.

Równie głębokie przeobrażenia — choć zupełnie odmiennej natury i z innych przyczyn wynikające — zaszły w życiu najmłodszego z trzech szwoleżerów Łubieńskich. Urodzony w roku 1794 i ochrzczony imieniem przyjaciela ojca, naczelnika Kościuszki, Tadeusz Łubieński wstąpił do wojska jako piętnastoletni chłopiec. Podczas kampanii austriackiej 1809 roku dosłużył się stopnia podporucznika w artylerii Księstwa Warszawskiego. Ale potem postanowił iść śladem dwóch najstarszych braci i we wrześniu roku 1810, rezygnując z posiadanego stopnia oficerskiego, wstąpił jako prosty szwoleżer do polskiego pułku gwardii. W pułku tym przebył trzy ostatnie kampanie napoleońskie: rosyjską 1812 roku, saską 1813 roku i francuską 1814 roku. W pierwszej dosłużył się ponownie stopnia podporucznika, w drugiej — stopnia porucznika i krzyża Legii Honorowej, na trzeciej zakończył na zawsze swoją karierę wojskową. Według tradycji rodzinnej o późniejszych losach Tadeusza Łubieńskiego zadecydowały jego perypetie w bitwie pod Kulm, stoczonej 17 września 1813 roku. „Zostawiony między trupami, bez życia prawie, w bitwie pod Kulm — świadczy o bracie pani Paula Morawska — postanowił resztę dni swoich Panu Bogu poświęcić w kapłańskiej służbie. Gdy ojciec chciał zwłoką całoroczną powołanie jego wypróbować, utrzymywał się w tej świętej myśli ciągłym umartwieniem, sypiał na gołej ziemi, wyrzekł się ulubionego napoju — kawy".

Relacja kronikarki rodzinnej domaga się uściślenia w pewnym dość istotnym punkcie. Tadeusz Łubieński — jak wynika z korespondencji generała Tomasza — został księdzem w roku 1821, a więc dopiero w osiem lat po bitwie pod Kulm. Możliwe więc, że okres próby, wyznaczony eksszwoleżerowi, trwał dłużej niż rok. Rodzina, nie bacząc na długi szereg arcybiskupów, biskupów i kanoników w rodowodzie, odniosła się niechętnie do postanowienia Tadeusza. Prawdopodobnie nowoczesnym i przedsiębiorczym braciom Łubieńskim żal było tracić młodego, zdolnego wspólnika przedsięwziąć rodzinnych, a zarazem skazywać na uschnięcie jedną z gałęzi rodu, który chciano uczynić jak najliczniejszym i najpotężniejszym. Nawiasem warto dodać, iż lata następne wykazały, że święcenia kapłańskie nie przytłumiły bynajmniej w najmłodszym eks-szwoleżerze właściwego całej rodzinie zainteresowania sprawami materialnymi. Ksiądz, a później ksiądz biskup, Tadeusz Łubieński uczestniczył nadal prawie we wszystkich familijnych przedsięwzięciach handlowych.


Na tym pragnąłbym zakończyć ogólne informacje o braciach Łubieńskich, ludziach, którzy — nie otrząsnąwszy się jeszcze całkowicie z ponapoleońskiego katzenjammeru — z taką samą skwapliwością, z jaką przedtem witali wielkiego cesarza, wyszli na spotkanie nowym czasom, epoce wielkich odkryć techniczno-naukowych i wielkich spekulacji finansowych.

U swoich współczesnych Łubieńscy nie cieszyli się specjalną sympatią. Ogółowi społeczeństwa szlacheckiego trudno było się pogodzić z faktem, że wielcy panowie z dziada, pradziada poświęcają się podejrzanym sprawom, którymi jeszcze niedawno nie wypadało się zajmować prostemu szlachcicowi. Konkretne zarzuty ze strony czynników oficjalnych i osób prywatnych wzbudzała ich zbyt daleko posunięta solidarność rodzinna. Niektórych raziła i śmieszyła ich ostentacyjna bigoteria, szczególnie uwydatniająca się w zestawieniu z trzeźwą zapobiegliwością w interesach. Adam Mickiewicz nazywał ich ironicznie „pobożnymi spekulatorami", drugi poeta — „arystokracją Żydów". Tym drugim poetą był oczywiście syn generała Wincentego Krasińskiego.

Oceniając działalność Łubieńskich z perspektywy półtora wieku, trzeba przyznać, że obiektywnie była to dla kraju działalność zdecydowanie pozytywna. Przyczynili się oni do rozwoju przemysłu i handlu, uczynili znaczny krok naprzód w zwalczaniu tradycyjnie polskiej pogardy dla „łokcia i wagi". Myśl i trud braci Łubieńskich można odnaleźć u podstaw zakładów przemysłowych w Żyrardowie, Ostrowcu Świętokrzyskim, Rejowcu Lubelskim i w paru innych miejscach. Rozpędziwszy się jeszcze bardziej i przymrużywszy nieco oko, można by w braciach Łubieńskich dopatrywać się prekursorów instytucji odgrywających tak wielką rolę w naszym życiu, jak Narodowy Bank Polski, Państwowy Bank Rolny i Polskie Koleje Państwowe.


Jeszcze parę słów o siostrach generała Tomasza Łubieńskiego.

Najstarsza z nich, Maria, wyszła za mąż za bogatego ziemianina z powiatu gostyńskiego, Maksymiliana Skarżyńskiego, brata trzech sławnych kawalerzystów napoleońskich: dwóch szwoleżerów, Ambrożego i Feliksa, oraz ułana, Kazimierza. Maksymilian Skarżyński zmarł jeszcze w czasach Księstwa, pozostawiając młodą wdowę z trojgiem małych dzieci pod opieką aż czterech szwoleżerów: dwóch Łubieńskich i dwóch Skarżyńskich. Najsławniejszym z tej czwórki był baron Cesarstwa Francuskiego i szef szwadronu, a późniejszy generał, Ambroży Skarżyński, który w przedostatniej kampanii napoleońskiej wpisał na swoje konto wyczyn nie byle jaki: 20 marca 1814 roku, w bitwie pod Arcis-sur-Aube ocalił życie Napoleonowi. W rok później, w marcu 1815, kiedy podobnie jak Tomasz Łubieński na własne życzenie opuszczał szeregi wojska, generał Wincenty Krasiński wydał mu następującą opinię, przechowywaną do dzisiaj przez jego warszawskich potomków: „Sądzę bydź moją powinnością dodać, iż pułk Szwoleżerów Gwardyi nie miał mężniejszego i lepszego officera nad Pana Podpułkownika Skarżyńskiego, któremu sam życie winienem i któren w powrocie z Francyi temuż pułkowi przywodził".

Druga z sióstr Łubieńskich, Paula, podobnie jak Maria poślubiła zamożnego ziemianina, dla odmiany z Wielkopolski. Był nim rodzony brat generała-poety Franciszka Morawskiego, Józef Dzierżykraj-Morawski, za czasów napoleońskich referendarz Rady Stanu Księstwa Warszawskiego i z tej racji już do końca życia tytułowany „panem referendarzem". Po pani Pauli z Łubieńskich Morawskiej alias „pani referendarzowej" zachował się — jak już nadmieniałem — nie opublikowany dotychczas pamiętniczek, a raczej zapis jej ustnych wspomnień, sporządzony przez wnuczkę, p. Konstancję Morawską, siostrę znakomitego historyka i filologa Kazimierza Morawskiego. W tych arcyciekawych wspomnieniach (udostępnionych mi ze zbiorów rodzinnych państwa Tadeuszostwa Morawskich z Warszawy) także odnalazłem godny przytoczenia przykład styku dwóch epok historycznych.

Pani referendarzowa najchętniej powracała w opowiadaniach do dwóch wspomnień z młodych lat. Pierwsze wiązało się z... panią Walewską, „ulubioną Napoleona". Pamiętała ją doskonale. „Była to śliczna osoba, nizkiego wzrostu, nawet trochę ułomna (podkr. moje — MB), co później sznurówki paryskie najzupełniej wyrównały. Płeć zwłaszcza miała zachwycającą, ramiona nieporównanej białości". „Babunia z Oporowa" (tak panią referendarzową na starość nazywano w rodzinie) z całą dokładnością opisywała różne prezenty, jakie „słodka Maria" dostawała od cesarza. Poza fartuszkiem haftowanym w jarzębiny najlepiej utrwalił się pani Morawskiej w pamięci „dyadem złożony z ośmiu kłosów brylantowych". Widziała na własne oczy, jak na jednym z balów po zakończeniu kadryla kostiumowego „Pani Walewska rozpołowiła swój dyadem i każdą damę odznaczyła dwoma brylantowymi kłosami".

Drugie ulubione wspomnienie było nie mniej romantyczne, a jeszcze bardziej „historyczne". W 1813 roku, gdy Rada Stanu Księstwa przeniosła się z Warszawy do Drezna, pani referendarzową z trojgiem drobnych dzieci towarzyszyła mężowi w tej podróży ewakuacyjnej. „Przyszło zatrzymać się w Pradze dla odpoczynku i wytchnienia". W domu, gdzie naznaczono ów popas, znajdowały się łazienki. Młoda pani Morawska, chcąc odetchnąć świeżym powietrzem, zasiadła na balkonie wśród trojga dziatek. „Nagle wpada na dziedziniec książę Józef Poniatowski, okryty kurzawą boju i drogi, i woła, aby mu zgotowano kąpiel. Lecz wtem poznaje w młodej matce dziewczynkę, którą niegdyś u księżnej marszałkowej widywał, staje jak wryty i z uśmiechem się odzywa... Po niewielu dniach nadejść miała złowroga wieść o jego tragicznym końcu w nurtach Elstery".

O tych swoich spotkaniach z panią Walewska i z księciem Józefem opowiadała pani referendarzową w wiele, wiele lat później — już u schyłku życia — świeżo zaślubionej żonie swego wnuka, Karola Chłapowskiego, która złożyła jej wizytę w Oporowie. Młoda pani Chłapowska, rozmarzona historycznymi anegdotami, wywdzięczyła się Babuni pięknym występem recytatorskim. „Zaczęła od deklamacyi »Hagar na puszszy« Ujejskiego, potem uczyniła wybór ustępów z poważnych utworów". Staruszka była wniebowzięta. „Co chwila wstawała, aby w zachwyceniu dziękować na przemian artystce i wnuczce, ceniąc w jednej osobie talent wspaniały i serdeczną uprzejmość... i nuż przypominać, jak to w roku 1813 widziała Talmę, podziwiała pannę Georges..." Pani Karolowa Chłapowska miała prawo nie lękać się porównań z tymi wielkimi gwiazdami scen paryskich. Sama też była wielką aktorką. Jej sceniczne nazwisko brzmiało: Helena Modrzejewska.

O Róży Łubieńskiej, fundatorce Pamiętnika, która w odróżnieniu od starszych sióstr poślubiła magnata, Ludwika hr. Sobańskiego z Podola — nic tu nie powiem. Będziemy o niej często czytali w listach generała Tomasza, zwłaszcza późniejszych — z okresu Sądu Sejmowego.

________________________
Źródło:
Marian Brandys, cykl powieściowy „Koniec świata szwoleżerów” - część I „Czcigodni weterani”,
rozdział III „Klan Łubieńskich”, ISKRY, Warszawa 1972, (str. 174-188)


*/ Jerzy Sewer hr. Dunin-Borkowski w opracowaniu „GENEALOGIE ŻYJĄCYCH UTYTUŁOWANYCH RODÓW POLSKICH” (Lwów 1895) pisze natomiast, że Henryk Łubieński był żołnierzem z jazdy poznańskiej 1831, a nawet kawalerem srebrnego krzyża virtuti militari 13.9.1831. (co wykracza poza interesujący Mariana Brandysa okres „świata szwoleżerów”).


______________________________
Dla www.klasaa.net wybrał
i opracował: Leonard Dwornik


Oporowska „pani referendarzowa” oraz jej rodzice i rodzeństwo według wybranych opracowań genealogicznych z XIX wieku.


O „Pamiętniku rodziny Łubieńskich ofiarowanym rodzeństwu przez Różą z Łubieńskich Sobańską” (Warszawa, rok 1851) w Klanie Łubieńskich


WARTO ZOBACZYĆ
Dwór Drobnin

Kościół Pawłowice

Dwór Oporowo

Kościół Drobnin

Pałac Pawłowice

Kościół Oporowo

Pałac Garzyn

Dwór Lubonia

Pałac Górzno
Wygenerowano w sekund: 0.01 3,718,070 Unikalnych wizyt