Czerwca 18 2024 09:01:07
Nawigacja
· Strona główna
· FAQ
· Kontakt
· Galeria zdjęć
· Szukaj
NASZA HISTORIA
· Symbole gminy
· Miejscowości
· Sławne rody
· Szkoły
· Biogramy
· Powstańcy Wielkopolscy
· II wojna światowa
· Kroniki
· Kościoły
· Cmentarze
· Dwory i pałace
· Utwory literackie
· Źródła historyczne
· Z prasy
· Opracowania
· Dla genealogów
· Czas, czy ludzie?
· Nadesłane
· Z domowego albumu
· Ciekawostki
· Kalendarium
· Słowniczek
ZAJRZYJ NA


NA PAMIĄTKĘ BITWY POD GROCHOWEM 1831

IGNACY PESZKE

Dzień chwały polskiej
NA PAMIĄTKĘ UROCZYSTOŚCI W GROCHOWIE
dnia 13 lipca 1916 roku


BITWY
POD GROCHOWEM
(19, 20 i 25 lutego 1831r.).

Nie było w dziejach naszych momentu tak pomyślnego do wyzwolenia się z pod panowania rosyjskiego, jak rok 1830. Rozporządzaliśmy w tym czasie gotowem, względnie licznem, znakomicie wyćwiczonem i ożywionem najlepszym duchem wojskiem; skarb był pełny, zasoby kraju wielkie; zapał patrjotyczny, pragnienie zrzucenia wrogiego jarzma było powszechne. Niestety jednak, zaufanie narodu postawiło na czele walki ludzi, którzy sił naszych nie doceniali, nie umieli i nie chcieli rozwinąć ich należycie. Zamiast myśleć o walce i gotować się do walki, liczyli na układy z carem Mikołajem – potem na wmieszanie się Europy – i w tej błędnej nadziei, nie chcąc drażnić zanadto Rosji (jak gdyby ją po 29 ułagodzić było można), nie nadali sprawie narodowej należytego rozmachu, ograniczając wielką wojnę o niepodległość całego narodu do marnego sporu o konstytucję jednej dzielnicy. Byli ludźmi małego ducha – to też wielką sprawę zaprzepaścili. Przez nich bohaterskie czyny wojska, zapał i poświecenie narodu poszły na marne.
Wojna w r. 18831 zaczęta była ze strony polskiej bez żadnego niemal planu. Jenerał Chłopicki, którego głos opinii powszechnej wyniósł na stanowisko dyktatora, mógł był rozpocząć wojnę z Rosją nie pod Warszawą, lecz na dalekiej Białej Rusi i Ukrainie; mógł był za kadry swej armji użyć nie tylko wojska polskiego, stojącego w Królestwie, ale i tego wojska napół lub w trzech czwartych polskiego, jakiem był tak zwany korpus Litewski lub gwardie w. ks. Konstantego; mógł był czerpać środki do walki nie tylko z czteromiljonowej ludności Królestwa, ale i z ośmiomiljonowej Polski wschodniej, którą bez wystrzału oddawał w ręce moskiewskie.
Chłopicki nie wierzył w powodzenie powstania, jego wybuch potępiał. Nie poszedł jednak jedyną drogą, jaką ludziom o takich pooglądać uczciwość wskazuje. Nie odsunął się od powstania, przeciwnie, stanął na jego czele. Ale kierował jego sprawami tak, jakby je chciał doprowadzić do najrychlejszego upadku. Jako organizator wojska, nie starał się o to, aby było najliczniejsze i najlepsze, lecz przeciwnie, opóźniał i utrudniał jego powiększenie. Później, gdy formalnie złożył dowództwo, szkodził jeszcze sprawie w dalszym ciągu. Jego następca, książę Radziwiłł, przyjął był komendę pod tym tylko warunkiem, że wodzem rzeczywistym będzie jednak Chłopicki. Chłopicki ani nie dopełnił tego warunku, ani lojalnie nie odmówił. Dziś wydawał rozkazy, nazajutrz odsyłał po nie do Radziwiłła, raz radził, drugi raz nie chciał słyszeć o niczem. Przez takie postępowanie zdezorganizował odrazu komendę naczelną, zdemoralizował dowódców i gdyby nie dzielność wojska polskiego, możeby już wszystko w lutym r. 1831 po pierwszej bitwie w gruzy runęło.
W chwili wybuchu rewolucji wojsko polskie liczyło 37.000 ludzi. Jeżeli dodać do tego gwardje w. ks. Konstantego i korpus Litewski, które czekały tylko na to, aby je rozbroić i do wojska polskiego wcielić, liczba ta się podwoi. Potroi się, jeżeli dodać landwerę poznańską, której przedstawiciele przybiegli na odgłos wybuchu rewolucji do Warszawy i ofiarowywali Chłopickiemu 30.000 ludzi ubranych, uzbrojonych, nawet z artylerją, oferta, którą ten odepchnął z oburzeniem. Jednym słowem w pierwszych tygodniach rewolucji mogliśmy byli mieć pod sztandarami polskiemi 100.000 gotowego żołnierza i to bez zaciągnięcia ani jednego rezerwisty, ani jednego ochotnika! Razem zaś z wysłużonymi żołnierzami – weteranami z pod orłów Napoleona! – i z pełnymi zapału ochotnikami można było łatwo podnieść armję polską do dwustu tysięcy ludzi, to jest prawie dwa razy więcej, niż wojsko, które na początku lutego r. 1831 Moskale zgromadzili nad granicą Królestwa.
Niemiecki historyk wojskowy, major Kunz, który nie uwzględnia korpusu Litewskiego, i bierze pod uwagę tylko środki Królestwa, wylicza, że wojsko polskie przed rozpoczęciem kampanji powinno było być podniesione do 95.200 piechoty i 19.800 jazdy. „Wyobraźmy sobie – pisze – że taka armja polska, skoncentrowana pomiędzy Dobrem a Mińskiem Mazowieckim, napada znienacka na Rosjan, maszerujących dwiema kolumnami, bez połączenia… Przy energicznem i umiejętnem kierownictwie musiałaby w takich warunkach armja polska zadać rosyjskiej straszliwą klęskę. Po tej klęsce powinniby Polacy zarządzić za cofającym się nieprzyjacielem pościg bez wytchnienia. Nastąpiłaby wtedy katastrofa. Piechota i artyleria rosyjska zostałyby zupełnie zniszczone, z jazdy resztki by tylko ocalały… Co dlaje by nastąpiło, trudno przewidywać, jedno jest tylko pewne, że w takich okolicznościach Rosja sama nie miałaby mocy wzięcia znów Polaków pod swoje jarzmo”.
Nie takie jednak pomysły chodziły po głowie Chłopickiego w grudniu r. 1830 i styczniu r. 1831. On, wódz naczelny, zamiast pracować nad przygotowywaniem zwycięstwa, próbował układów z Mikołajem I, choć wiedzieć był powinien, że te do niczego nie doprowadzą. Niechętnie i opieszale kompletował wojsko, doprowadziwszy je zaledwie do 60.000 ludzi. Doczekał się wreszcie wkroczenia wojsk rosyjskich do Królestwa. Weszło 114.000 ludzi z 336 działami (5 i 6 lutego r. 1831). W tej liczbie był pod komendą jen. Rosena i korpus Litewski, ale już zreorganizowany, „oczyszczony” z oficerów Polaków, stracony dla powstania.
Diebitsch prowadził rezolutnie armję rosyjską prosto na Warszawę. Tymczasem, jak pisze w swych pamiętnikach jen. Prądzyński, „główna kwatera polska nie wychodziła jeszcze z odrętwienia, w jakiem ją wojna zastała. Radziwiłła nic nie mogło wyprowadzić z nicości, na jaką samo przyrodzenie go skazało; Chłopicki nie wychodził także z inercji (bezwładu), w której sam się dobrowolnie zasklepił”. Całe województwa Augustowskie i Lubelskie, część Płockiego, prawie całe Podlaskie zajęte zostały bez żadnego ze strony polskiej oporu. Wygłodzeni Moskale znajdywali po drodze przygotowane dla wojska polskiego magazyny żywności, których Chłopicki nie kazał był wywieźć ani zniszczyć. Wojsko polskie, pozbawione kierownictwa, mechanicznie cofało się ku Warszawie.
Siły polskie broniące przystępu do Warszawy, wynosiły 42.000 ludzi ze 106 działami. Diebitsch parł je armją, liczącą 83.000 ludzi i 240 dział. Ale za to Moskale szli na Warszawę dwiema drogami, od Mińska Mazowieckiego i Stanisławowa, drogami, które przedzielał las, tak, że armja polska, panująca nad wylotami obu dróg, mogła była i powinna była, rzucając je na dwie rozdzielone połowy armji rosyjskiej, rozbić je kolejno. Plan taki powstał rychło w bystrym umyśle Prądzyńskiego, ale nie było go komu wykonać. Radziwiłł nie był zdolny do zrozumienia go. Chłopicki, który, zależnie od humoru, jednego dnia grał rolę wodza naczelnego, nazajutrz zaś nie mieszającego się do niczego widza cywilnego, nie doceniał wartości żołnierza polskiego, w obawie przed przewagą rosyjską, starał się odwlec jaknajdalej bitwę decydującą i w ogóle wszelkim śmiałym przedsięwzięciom był przeciwny.
Obu kolumnom rosyjskim zagradzały drogę dywizje Skrzyneckiego i Żymirskiego, za słabe aby je zatrzymać. Skrzynecki stoczył dnia 17 lutego bitwę pod Dobrem, Żymirski tegoż dnia pod Kałuszynem, obie zaszczytne dla oręża polskiego, ale ostatecznie zakończone odwrotem. To też w końcu dwie te dywizje znalazły się na polu Grochowskiem, gdzie spotkały się z resztą armji głównej. Dalej cofać się bez bitwy decydującej było niepodobna.
Wojsko polskie rozstawione zostało w sposób następujący: dywizja Szembeka (10 bataljonów) zajmowała szosę pod Wawrem, prawe zaś skrzydło rozciągała do bagien Zastowskich. Przed tą dywizją i na lewo od niej rozwinął po wyjściu z lasu Żymirski swoje 9 bataljonów. Na prawem skrzydle stała jeszcze dywizja jazdy Łubieńskiego. Naprzeciwko wylotu drogi ze Staniławowa i Okuniewa rozciągało się lewe skrzydło polskie: w pierwszej linji dywizja Krukowieckiego (12 bataljonów), za nią zaś dywizja Skrzyneckiego (11 bataljonów), która zajęła 4-tym pułkiem sławną od tych dni Olszynkę. Reszta jazdy polskiej stanęła na tyłach.

Pierwsza bitwa na polu Grochowskiem – tak zwana bitwa pod Wawrem – był niespodzianką dla wodzów naczelnych obu armji. Rankiem dnia 19 lutego Chłopicki, objechawszy pozycje wojska polskiego, zsiadał właśnie przed swą kwaterą w Grochowie, gdy pod Wawrem rozległa się silna kanonada. W tym czasie Diebitsch wyjeżdżał spokojnie karetą z Mińska Mazowieckiego. Na odgłos strzałów, Chłopicki, w którym się krew wodza odezwała, popędził natychmiast pod Wawer; Diebitsch posłał tam swego szefa sztabu, Tolla. Około 9-tejrano wychyliła się z lasu pod Wawrem straż przednia korpusu Pahlena: pułk kozaków i dwa pułki piechoty pod jen. Łopuchinem. Stanąwszy na polu Grochowskiem, dojrzeć mogli Moskale wieże kościołów Warszawy; zdawało im się, że już są u celu, że jeden jeszcze wysiłek, a będą mogli, jak za Suworowa, rzucić mord i pożogę na przedmieście Praskie i zmusić zbuntowaną stolicę Polski do kapitulacji. Nie wiele więcej, niż mila drogi ich od celu oddzielała; ale tę milę drogi zajmowało wojsko polskie, którego dzielność dopiero teraz boleśnie poznać mieli.
Jenerał Żymirski ocenił słusznie przewagę, jaką mieć mogło wojsko polskie nad wychodzącym powoli z lasu i szykującym się w najniekorzystniejszych warunkach korpusem Pahlena. Porozumiał się z Szembekiem i gdy tylko oddział Łopuchina ukazał się pod Wawrem, powitany został kanonadą z 40 dział polskich, i poniósłszy wielkie straty, cofnął się w nieładzie. Przybywa Chłopicki, formuje kolumny i prowadzi je do ataku. Ale tymczasem po stronie rosyjskiej zjawia się energiczny Toll, sprowadza na gwałt posiłki i stara się paraliżować ataki Polaków. Po jakimś czasie Pahlen ma już 29 bataljonów, gdy po stronie polskiej walczy ciągle tylko 19 bataljonów Żymirskiego i Szembeka. Pomimo tej nierówności sił wojsko polskie odnosi jeszcze piękne sukcesy. 2-gi pułk strzelców, pod pułkownikiem Brzeskim, rozbija zupełnie pułk jegrów rosyjskich, zabiera mu sztandar i dwa działa. 1-szy pułk strzelców zdobywa drugi sztandar, a 3-ci kilka dział. Diebitsch, który około 11-ej przybył na pole bitwy, wskutek energicznego ataku piechoty polskiej, omal nie dostał się do niewoli. Gdy taki bój zażarty toczyła pod Wawrem piechota polska, jazda Łubieńskiego na prawem skrzydle walczyła nie mniej zaszczytnie. Było jej 22 szwadrony, gdy po stronie nieprzyjacielskiej 32 szwadrony jazdy regularnej i kilka pułków kozaków. W dodatku jazda polska miała fatalną pozycję, z bagnami na tyłach, a więc z zamkniętą drogą odwrotu. Choć znacznie słabsza, potykała się jednak nader mężnie i zepchnąć się ze stanowiska nie dała.
Mijała tak godzina za godziną. Marszałek Diebitsch z niepokojem czekał na przybycie korpusu Rosena, idącego drogą Stanisławowską od Okuniewa. Rosen jednak posuwał się wolno po złej drodze. Gdyby wtedy Chłopicki kazał był stojącej bezczynnie dywizji Skrzyneckiego poprzeć piechotę polską pod Wawrem, bitwa mogłaby przybrać obrót dla korpusu Pahlena fatalny. Jenerał Puzyrewski pisze: „gdyby była dywizja Skrzyneckiego działała przeciw Pahlenowi, mogłaby spowodować cios ostateczny i pogrom armji rosyjskiej”. A do zatrzymania Rosena jeden Krukowiecki wystarczył by! Ale Chłopicki, uniesiony zapałem żołnierskim, sam szedł w ogień, prowadząc do ataku kolumny; obowiązków wodza zaniedbał, o dywizji Skrzyneckiego zapomniał. Był to błąd niepowetowany, przez to nam się pewne zwycięstwo pod Wawrem z rąk wymknęło i krew tylu mężnych przelana bezowocnie.
Kolumna Rosena przybyła drogą okuniewską dopiero po 12-ej. Krukowiecki naprzeciw temu korpusowi wysunął tylko jedną brygadę, którą potem zastąpił przez drugą; naturalnie, w ten sposób nie przeszkodził znacznie silniejszemu nieprzyjacielowi do rozwinięcia frontu i do rozstawienia na krawędzi lasu groźnej artylerji. Wreszcie Krukowiecki, nie przymuszony wcale przez nieprzyjaciela i bez rozkazu od wodza naczelnego, sprowadza z placu swoją dywizję i ustawia ją poza Olszynką, zajętą przez Skrzyneckiego. Rosen uzyskuje więc połączenie z korpusem Pahlena i zaczyna grozić poważnie lewemu skrzydłu wojsk, walczących przy trakcie brzeskim. Zagrożone w ten sposób i śmiertelnie znużone długą zaciętą walką z silniejszym i ciągle świeżym nieprzyjacielem, dywizje Żymirskiego i Szembeka zaczynają tracić teren, wreszcie cofają się we wzorowym porządku do Grochowa. Wskutek tego odwrotu, czołem pozycji polskiej stała się Olszyna, której broni pułk 4-ty, wsparty przez resztę świeżej jeszcze dywizji Skrzyneckiego. Moskale usiłują zdobyć ten punkt, wrzynający się klinem w ich nową pozycję. Ale daremne są ich usiłowania. Muszą zaprzestać ataku, usławszy trupami brzeg Olszyny. Czas jakiś trwa jeszcze kanonada, wreszcie zapadający mrok zmusza do zaprzestania bitwy. Straty polskie wyniosły w bitwie pod Wawrem około 3.500 ludzi, rosyjskie około 4000. Nazajutrz rano Diebitsch objeżdżał ze sztabem swoje pozycje. Gdy ukazał się na wzgórzu, naprzeciw Olszyny, dano do niego ognia ze stojącej przy Olszynie baterji polskiej. Ten strzał stał się hasłem kanonady, która trwała przez większą część dnia. Diebitsch trafnie ocenił znaczenie Olszyny, to też spróbował ją zdobyć dnia tego.
Sławny ten lasek miał około 2.000 kroków szerokości frontu; głęboki był na tysiąc kroków. Od strony nieprzyjaciela ciągnął się wzdłuż całego skraju Olszyny głęboki i szeroki rów, z którym łączyły się wszystkie rowy, przekopane w celu osuszenia bagnistego gruntu okolicznego. Drugi podobny rów ciągnął się wewnątrz lasku. Rowy te umacniały jeszcze Olszynkę, ten bastion, godzący w serce armji nieprzyjacielskiej. Diebitsch kazał Rosenowi zaatakować Olszynę, który uczynił to jednak nieumiejętnie, ze zbyt małemi siłami. Lasku bronił pułk 4-ty pod komendą Bogusławskiego. Wspierały go bateje, ustawione po obu stronach Olszyny. Wszystkie ataki rosyjskie rozbiły się o kamienną zaciętość obrońców Olszyny. W południe pułk 4-ty zluzowany został przez brygadę Giełguda (pułki 1-szy i 5-ty), która go godnie zastąpiła. Pięć razy atakowali gwałtownie Moskale lasek i za każdym razem byli z wielkiemi stratami odrzucani. Po południu wszędzie zapanował spokój. W tym dniu 20 lutego Moskale stracili 1.620 ludzi, Polacy najwyżej paruset.
Huk dział z pod Wawra donośnem echem rozległ się w Warszawie. Ludność wyległa na ulice, kościoły zapełniły się błagającymi Boga o zwycięstwo oręża polskiego. Ulice prowadzące ku Wiśle, wzgórza, dachy, pokryły się ciekawymi, wyglądającymi ku polu walki. Powiśle, zwłaszcza ulica Bednarska, od której szedł most ku Pradze i którędy rannych do Warszawy przywożono, pełne było ludzi. Każdego przybywającego zatrzymywano, otaczano, ściskano, wypytywano się, jak bitwa idzie. Ofiarowywano żołnierzom napoje, przysmaki, pieniądze. Sejm obradował w dniu bitwy pod Wawrem i uchwalił między innemi, że wszyscy żołnierze i podoficerowie, którzy w ciągu wojny obecnej odnoszą rany i staną się niezdatni do dalszej służby, jakoteż wdowy i sieroty po poległych pobierać będą pensję dożywotnią od 150 do 300 złotych rocznie. Nadto ma być ustanowiona osobna oznaka dla uczestników wojny z przywiązaną do niej pensją, na którą przeznaczono 19 miljonów złotych w dobrach narodowych. Postanowiono ogłosić zaraz tę uchwałę wojsku, co może nie było właściwe, nie nagrodami bowiem podnieca się męstwo polskiego żołnierza. To też gdy wieczorem po bitwie komisarze sejmowi przybyli na pobojowisko i gdy wojsku odczytano uchwałę, żołnierze bez żadnego porozumienia się krzyknęli, jak jeden człowiek: „dajcie nam wódki i chleba, abyśmy sił nabrali do nowej walki; pieniędzy waszych nie potrzebujemy!” Nie należy z tych słów sadzić, aby im czego brakowało. Pobliska Warszawa zaopatrywała hojnie we wszystko. O kilka tysięcy kroków dalej Moskale, pod opieką swej osławionej intendentury, ledwo trochę sucharów mieli na zaspokojenie głodu.
Od 21 do 25 lutego spokój panował na polu Grochowskiem. Marszałek Diebitsch, który zaczął był kampanję, lekceważąc wojsko polskie, przekonał się pod Wawrem, że ma do czynienia z groźnym przeciwnikiem – tak groźnym, że nie odważył się go zaczepić, zanim się większych posiłków nie doczeka. A szedł wtedy traktem kowieńskim spiesznemi marszami 12 tysięczny korpus grenadjerów księcia Szachowskiego i był już tylko o kilka dni drogi od Warszawy. Wojsko polskie żadnych posiłków w najbliższej przyszłości spodziewać się nie mogło. Te same więc powody, które skłaniały Debitscha do zwlekania, powinny były naglić Chłopickiego do pośpiechu. W dodatku nowa pozycja rosyjska miała bardzo poważne braki, spostrzeżona odrazu przez wielu oficerów polskich – tylko nie przez wodza naczelnego. Prądzyński z pułkownikiem Rybińskim opracowali plan następujący: całą artylerję polską pod osłoną wszystkiej jazdy wyciągnąć pomiędzy Olszyną, a bagnami Zastowskiemi; zająć silną kanonadą siły główne rosyjskie, potem zaś wypaść z 40-ma batalionami z Olszyny na prawe skrzydło rosyjskie, złamać je i wpędzić na siły główne, które w zamieszaniu musiałyby być wepchnięte po części na bagna, po części do lasu, gdzie straciłyby całą przewagę w jeździe i artylerji. Wykonanie tego planu skończyłoby się, jeżeli nie zupełnym pogromem, to w każdym razie ciężką klęską armji rosyjskiej.
Chłopicki, gdy mu ten plan przedstawiono, rzucił się brutalnie na Rybińskiego i zaczął go, używając najgminniejszych wyrazów, strofować, że nieproszony przychodzi do wodza naczelnego z radami, których ten wcale nie potrzebuje; uważał to za oznakę anarchji i niesubordynacji, wreszcie kazał mu się wynosić i wracać do pułku. „Do mnie ani słowa – pisze o tej scenie Prądzyński – a ja owinąłem się w płaszcz i poszedłem w kącik, gdzie, usiadłszy na garści siana, uroniłem gorzką łzę nad losem mojej ojczyzny.” Planu wcale nie rozpatrywano.
Tymczasem Szachowskoj dnia 23 lutego przeprawił się przez Narew i stanął w Nieporęcie. Trzeba było oderwać się od głównej armji polskiej i wysłać przeciwko niemu naprzód dywizję jazdy Jankowskiego, potem brygadę pieszą Małachowskiego, a gdy Małachowski, po zaszczytnej walce pod Białołęką z dwa razy liczniejszym i mającym 8 razy liczniejszą artylerję nieprzyjacielem, był zagrożony – resztę dywizji Krukowieckiego.
Bitwa pod Białołęką była wielce nie na rękę Diebitschowi, który pragnął, by Szachowskoj połączył się z armją główną, a nie w odosobnieniu wdawał się w bitwę, gdyż w niej mógł być łatwo zgnieciony przez nadbiegających z Pragi w przeważającej liczbie Polaków. To też kazał mu się wycofać z pod Białołęki i dążyć drogą okólną ku Ząbkom i Kawęczynowi. Tymczasem Krukowiecki, widząc, że Szachowskoj się cofa, zaatakował jego arjegardę (o 8-ej rano 25 lutego). Huk dział z pod Białołeki przestraszył Diebitscha, mniemającego, że Szachowskoj, zaatakowany przez przeważające siły, jest zgubiony. Aby od niego odciągnąć Polaków, postanowił bezzwłocznie rozpocząć bitwę decydującą, którą pierwotnie miał zamiar stoczyć dopiero po połączeniu się z Szachowskim.
O godzinie 9-ej rano dnia 25 lutego roku 1831 rozpoczęła się wiekopomna, tak dla polskiego oręża zaszczytna, trzecia walka na polach Grochowskich, tak zwana bitwa pod Grochowem. Ze strony rosyjskiej (bez Szachowskiego) stanęło do niej 60.000 ludzi przy 228 działach, ze strony polskiej (po odliczeniu sił Krukowieckiego oraz nie uczestniczących w bitwie kosynierów i znacznej części jazdy) – 22.000 ludzi przy niespełna 100 działach. Stosunek prawie trzech do jednego.
Wojsko polskie ustawione było podobnie, jak pod Wawrem, słabsze tylko o dywizję Krukowieckiego. Na prawem skrzydle, opierając się o błota Zastowskie, pomiędzy Gocławkiem, a Grochowem stała dywizja Szembeka, dalej, pomiędzy Grochowem, a Olszynką – dywizja Skrzyneckiego; Olszynkę zajmowała dywizja Żymirskiego, mając w pierwszej linji brygadę Rohlanda (3-ci i 7-my pułk piechoty), w drugiej brygadę Czyżewskiego (2-gi i 4-ty pułk strzelców). Artylerja polska, ustawiona po obu stronach Olszyny, był nieco cofnięta, aby ją zasłonić przed ogniem baterji rosyjskich; część jej tylko mogła ostrzeliwać pole po Olszynką; wszystkie baterje mogły jednak ostrzeliwać lasek, gdyby się ten dostał w moc nieprzyjaciela. Połowa jazdy, pod Łubieńskim, stała w rezerwie na linji dzisiejszych rogatek Grochowskich, druga połowa, pod Umińskim, utrzymywała komunikację pomiędzy armją główną, a Krukowieckim. Nominalny wódz naczelny, książę Radziwiłł, stał ze sztabem przy pomniku, wzniesionym na pamiątkę ukończenia szosy brzeskiej, Chłopicki – przy artylerji Szembeka.
Bitwa zaczęła się od strasznej kanonady z dwustu dział; potem Rosen pchnął pięć bataljonów do ataku na Olszynkę. Byli to Litwini i Białorusini, których na pierwszy ogień wysłano; atak ten bez trudności, a z wielkiemi napastników stratami został odparty. Przybywają cztery nowe bataljony Moskali i razem z poprzedniemi wpadają tym razem do Olszyny, wypierając z lasku brygadę Rohlanda. Ale nadbiega Prądzyński, formuje ten oddział nanowo i poparty przez drugą brygadę Żymirskiego, wraca do Olszyny. Zawrzał w lasku zacięty bój na bagnety, zakończony wypędzeniem z lasku Moskali. Co ustępują jednak nie daleko; na polu formują się nanowo i wsparci posiłkami, w ogólnej sile 17 bataljonów, wracają pod Olszynkę. Na skraju lasku toczy się pierś o pierś zacięta walka, w której żadna strona ustąpić nie chce.
Około godziny 11-ej, dzielne pułki Żymirskiego, wyczerpane tak gwałtownym i zajadłym bojem, zaczynają stopniowo tracić grunt w Olszynce. Żymirski posyła do Chłopickiego po posiłki. Chłopicki kaze wycofać połowę walecznej dywizji, natomiast przysyła brygadę Bogusławskiego (pułki 4-ty i 8-my). Świeże siły polskie wypierają znów zupełnie nieprzyjaciela z Olszyny.
Diebitsch miota się ze złości na swoich podkomendnych i szykuje nowy potężny cios: do ataku idzie 21 świeżych batalionów, popartych przez jazdę i artylerję konną. Jenerałowie sztabu, Toll i Neidhardt, atak ten prowadzą. Pod taką nawałą, Polacy, pomimo zaciętego oporu, cofać się muszą z Olszyny. Podczas odwrotu, mężny Żymirski pada z oderwanem przez kulę działową ramieniem; zawieziony do Warszawy wkrótce życie zakończył.
Chłopicki, obserwujący zblizka tę walkę, wycofuje do rezerwy zmordowaną dywizję Żymirskiego, każe zaś atakować na nowo Olszynę z lewej strony dywizji Skrzyneckiego, z prawej zas grenadjerom, na których czele sam staje.
Brygada Bogusławskiego idzie w pierwszej linji. Bogusławski prowadzi pułk 4-ty, Skrzynecki 8-y. Brygada Andrychiewicza w drugiej linji postępuje. Artylerja nieprzyjacielska z pod Kawęczyna i piechota z Olszyny witają tych mężnych rzęsistym ogniem. Skrzynecki jednak każe iść na bagnety. Trzykroć wdzierają się nasi do Olszyny i trzykroć ustępować z niej muszą. Wreszcie nieprzyjaciel łamie się i uchodzi. Pułk 4-ty przebiega szybko lasek jego śladem i wypada za nim na równinę, biorąc opuszczone działa.
Gdy się to działo na lewej stronie Olszyny, prawą atakuje sam Chłopicki na czele grenadierów. „Chłopicki prowadzi bataljon bez szpady, z cygarem w ustach, a na czele dwóch drugich kolumn grenadjerskich stają Milberg i Prądzyński. Krokiem do ataku ruszają kolumny polskie naprzód przy odgłosie bębnów i śpiewie „Jeszcze Polska nie zginęła!”, a ogień działowy wzmaga się ze strony rosyjskiej, bo oni świeże baterje do boju wprowadzili. Cała siła rosyjska, z jaką opanowali Olszynę, nie wytrzymała natarczywości polskiej. Ci wszyscy, co ten lasek zajęli, i ci, co nie mogąc się w nim pomieścić, po obu jego bokach rozwinęli się, muszą ustępować, tak 3-cia dywizja, jako też 24-a i 25-ta, nawet i waleczni karabinierzy, straciwszy niemal wszystkich dowódców batalionów i kompanji, nawet dowódcę swego, jenerała Freiganga, w głowę rannego. Rosjanie zostali zupełnie wyrzuceni z Olszyny, napełnionej obustronnymi trupami i rannymi. Już polskie kolumny występują z Olszyny i ruszają naprzód. Prądzyński woła na grenadierów: „Żołnierze, bracia, jeszcze jedno wysilenie, a te oto działa są nasze!” I w samej rzeczy kilka dział zdobyto, inne stały opuszczone bez kanonierów i bez pociągu. Męstwo, zapał, natarczywość Polaków zdają się być niepohamowane i nie do wstrzymania” (Prądzyński: „Pamiętniki”).
Atak ten był punktem kulminacyjnym walk o Olszynę. Z obrońców jej Polacy stawali się napastnikami. Gdyby tak jeszcze jedna świeża dywizja na poparcie zmordowanych bohaterów! Ale dywizja Krukowieckiego, która powinna była teraz cios ostatni nieprzyjacielowi zadać, był jeszcze daleko, choć oddawna nie miała już nic do roboty w Białołęce i oddawna powinna była wrócić pod Grochów. Nie było ani jednego batalionu polskiego w rezerwie, gdy Diebitsch miał ich jeszcze 12, nie licząc tych 8 grenadjerskich, które teraz, wraz z poprzednio odpartemi, znów na Olszynę posyłał.
Atakujący ponosili wielkie straty od celnych strzałów artylerji polskiej, szli jednak naprzód. Pułk 4-ty czekał na nich na skraju Olszyny i dopiero, gdy podeszli na 50 kroków, sypnął się ogień rotowy. Bogusławski objeżdżał swoich czwartaków, wołając: „do oficerów strzelaj, zwolna mierz, w sam łeb pal; chciałeś rewolucji, teraz dobrze zabijaj, bo jak nie zwyciężym, bieda będzie!” I rzeczywiście, padł dowódca brygady rosyjskiej, pułkownicy i majorowie ranni schodzą z pola. Ale nawała wroga porywa chwiejące się pułki i na Olszynę się wali. Wojsko polskie, znużone śmiertelnie, opiera się jeszcze bohatersko na krawędzi Olszyny, walczy zajadle w samym lasku, ostatecznie opuścić go musi. O godzinie 2-ej popołudniu Olszynka, w której leżało przeszło 8.000 zabitych i rannych, ostatecznie została stracona.
Chłopicki jednak, w którym się nareszcie żądny zwycięstwa wódz obudził, nie traci pewności siebie. Ma przecież w pobliżu świeży korpus jazdy Łubieńskiego, który się tak świetnie pod Wawrem potykał. Rzuci go na posuwającego się naprzód ostatnim wysiłkiem nieprzyjaciela, tymczasem zaś piechota wytchnie i uporządkuje się, a może nadejdzie Krukowiecki i szalę zwycięstwa na stronę naszą przechyli.
Ale Łubieński nie przybywa na wezwanie, mówi adiutantom Chłopickiego, że grunt nie jest odpowiedni dla jazdy, że on zresztą nie zna wodza Cłopickiego tylko Radziwiłła. Zniecierpliwiony Chłopicki jedzie do Radziwiłła, aby przynaglił Łubieńskiego, wtem granat zabija pod nim konia, jego zaś samego rani ciężko w nogi. Prądzyński, który był przy tym wypadku, zapytuje go, komu po sobie dowództwo przeznacza. – „Panu Skrzyneckiemu”. – Jakież polecenia jenerał zanieść mu każe?” – „Powiedz mu, ażeby całemi siłami uderzał na Olszynę i koniecznie ją Moskalom wydarł”. Skrzynecki przyjął mile komendę, na instrukcję się jednak skrzywił i oświadczył, że jest niemożliwa do wykonania. „Skrzynecki – jak słusznie zauważył Prądzyński – oddany samemu sobie, nie był przystępny pomysłowi energicznemu, uderzenie naprzód było przeciwne jego naturze i skoro oko i wola tęgiego przełożonego nie zmuszała go iść naprzód, oddany własnej naturze, myślał tylko o cofaniu się”.
Tymczasem wielki atak jazdy, który nie doszedł do skutku po stronie polskiej, zaczęto organizować po rosyjskiej. Toll zebrał wszystkich dowódców jazdy rosyjskiej i wyłożył im swój plan szarży, która miała rozbić ostatecznie wojsko polskie. Podczas tego wykładu, jazda rezerwowa przez naprędce rzucony most nad głównym rowem wydostawała się na pozycje. Jechała trójkami, a że jej było 56 szwadronów z 32 działami, jej rozwinięcie się zajęło wiele czasu. Cała ta wielka szarża skończyła się żałośnie. 6 szwadronów ułanów wpakowało się w bagno, z którego ledwo się wydostało, tracąc wielu ludzi i koni potopionych. Główna masa jazdy wpadła na dywizję Szembeka, ta jednak ustawiła się w czworoboki i tylu nastrzelała huzarów rosyjskich, że ich zmusiła do odwrotu. Wśród reszty wiele popłochu i strat wywołały polskie race kongrewskie. Jeden tylko pułk kirasjerów rosyjskich, pod pułkownikiem Meyendorffem, przemknął się pomiędzy dywizjami Szembeka i Skrzyneckiego i popędził szosą brzeską ku Pradze, szerząc popłoch wśród wozów z rannymi i żywnością oraz ciekawych mieszkańców Warszawy, których pełno było na tej drodze. Meyendorff dotarł do tego mniej więcej miejsca, gdzie stoi teraz pomnik, przez Moskali na pamiątkę bitwy Grochowskiej postawiony. Tutaj pułk ten, zaatakowany z jednej strony przez ułanów Kickiego, z drugiej odebrawszy salwę od batalionu 8-go pułku piechoty polskiej, został rozbity i srogą poniósł klęskę. Garść tylko niedobitków zdołała przedrzeć się do swoich, reszta poległa lub dostała się do niewoli.
Gdyby była jazda polska pomknęła wtedy za cofającą się w nieładzie rosyjską armją, mogłaby ją była zniszczyć zupełnie i zabrać całą rosyjską artylerję konną, a nawet na karkach jazdy wjechać na mocno już nadwyrężoną piechotę rosyjską i wyrzucić ją ze zdobytych pozycji. Ale Łubieński ruszyć się nie chciał – i tak minął ostatni moment, kiedy można było przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Zresztą wodzem naczelnym był już wtedy Skrzynecki, który myślał tylko o odwrocie. Trzeba mu przyznać, że dokonał go w porządku wzorowym, choć Diebitsch, który się doczekał nareszcie Szachowskiego, następowała naszym na pięty. Połączywszy się z dywizją Krukowieckiego, stanęło wojsko polskie przed Pragą w groźnej jeszcze postawie. Zaczął się odwtót od Warszawy, trwający długo, do północy odbywał się bowiem tylko po jednym moście. Ostatni przejechał przez most książę Radziwiłł. Do obrony Pragi została brygada Małachowskiego.
Toll proponował Diebitschowi, aby, choć już noc zapadła, dokonać jeszcze szturmu Pragi. Diebitsch odmówił i zdaje się postąpił słusznie. Szturm Pragi nie wyrządziłby prawdopodobnie większej szkody wojsku polskiemu, rosyjskie zaś naraziłby na bezcelowe straty.
Moskale stracili pod Grochowem przeszło 10.000 ludzi, Polacy około 7.000 (w tem tysiąc jeńców) i 3 działa. Zaznaczyć jeszcze należy, że ranni Polacy, przewiezieni do dobrych lazaretów w Warszawie, po większej części wracali do zdrowia, gdy tymczasem ranni Moskale, wskutek braku opatrzenia i złodziejskiej administracji szpitali wojskowych, marli masami.

***

Tak się skończyła bitwa pod Grochowem, „bojem olbrzymów” przez historyka rosyjskiego nazwana. Nie skończyła się klęską armji moskiewskiej przez upór i brak inicjatywy Chłopickiego, który ją stoczył o trzy dni zapóźno; okryła jednak sławą nieśmiertelną wojsko polskie, które, choć prawie trzy razy słabsze, w kilku momentach blizkie było zwycięstwa, a wreszcie z honorem i groźną postawą zeszło z pola walki.
Nie odniósł zresztą zwycięstwa i Diebitsch. Ani strategicznego, bo nie osiągnął zamierzonego celu – zdobycia Warszawy, ani taktycznego, bo nie rozbił armji polskiej, która po kilku dniach odpoczynku i reorganizacji gotowa znów była do walki, gdy jego przetrzebione i źle zaopatrzone wojsko wiele na wartości bojowej straciło.
Dalszy przebieg wojny jasno wskazuje, że gdyby po Grochowie wodzem naczelnym został nie Skrzynecki, ale jakikolwiek jenerał średnich nawet zdolności, byle tylko sumiennie obowiązki wodza pełniący, armia Diebitscha zostałaby wkrótce zniesiona, a losy wojny inną zupełnie potoczyłyby się koleją.

***

Na polu Grochowskiem wznosi się pomnik, ustawiony przez rząd moskiewski na pamiątkę „zwycięstwa” Diebitscha. Myśmy niczem krwi tam przez naszych żołnierzy przelanej nie upamiętnili. Nie danoby nam zresztą zrobić tego dawniej, w tych czasach, gdy starano się, abyśmy zapomnieli o wszystkich wielkich czynach, przez ojców naszych w walce z najazdem wschodnim dokonanych. Dziś, gdy ta zmora już nie dusi naszego życia narodowego, czas naprawić zapomnienie. Nie może być tak przecież nadal, aby z mogił grochowskich kości walecznych psy wyciągały!
Obywatele Grochowa na jednej z tych mogił krzyż pamiątkowy teraz stawiają. Na dzisiejsze twarde czasy wojenne trudno wymagać więcej. Ale trzeba już dziś myśleć o godniejszem uczczeniu w lepszych czasach bohaterów z pod Grochowa – i to nie tylko przez obywateli jednej dzielnicy, ale przez całą, ich poświęceniem obronioną stolicę.
Wielka Warszawa ma być wieńcem parków otoczona. Czyż nie najlepszem zabezpieczeniem od profanacji zlanego krwią gruntu Olszyny Grochowskiej byłoby zajęcie jej na taki park miejski? Nie na ogród ze strzyżonemi alejami i żwirowanemi dróżkami – ale na dziki lasek olchowy, jak ten przed 85 laty, z dwoma rowami, z jakim skromnym pomnikiem żołnierskim najwyżej.
A listki tych olch szeptałyby dzieciom i wnukom naszym powieść bohaterską o walecznych przodkach, którzy tę ziemię w obronie Ojczyzny krwią serdeczną zlali. Chyba tyle winniśmy żołnierzom, poległym pod Grochowem…



WARTO ZOBACZYĆ
Dwór Drobnin

Kościół Pawłowice

Dwór Oporowo

Kościół Drobnin

Pałac Pawłowice

Kościół Oporowo

Pałac Garzyn

Dwór Lubonia

Pałac Górzno
Wygenerowano w sekund: 0.00 6,399,700 Unikalnych wizyt